niedziela, 15 lutego 2009

Ku przestrodze

14/15 lutego 2009 - Beskid Mały
Rzyki Praciaki - Łamana Skała - Anula - Gibasówka (prawie) - Gałasie - Kocoń


Pozwólcie, że zacytuję relację xagi z forum beskidzkiego. Sam jakoś nie umiem powrócić do tych chwil. A może nie chcę. Jednak xaga to najlepiej opisała...
Kris już dawno pisał do mnie, że w ten weekend planuje wybrać się gdzieś w Beskid Mały - zaczął zwoływać ekipę, padło na Gibasy, miejsce zaklepałam u Staszka. Na trasę umówiłam się z darkheushem i Renią - wyruszamy z Rzyk Praciaków w sobotę już dość późno - 15:20.
Mając w pamięci niedawną wycieczkę na Hale Rysiankę/Lipowską/Boraczą myślę sobie, że powinno być podobnie (wtedy wychodziliśmy jeszcze później). Niby pada śnieg, ale idziemy w trójkę - jakoś dotrzemy, szłam tą trasą już nie raz.
Z Rzyk wzdłuż wyciągu, narciarze patrzą na nas z niedowierzaniem, jeden mówi: "podziwiam", ja sobie myślę: "też podziwiam, bo bym nie zjechała z tej górki na nartach"
Docieramy do czerwonego szlaku i obieramy kierunek na Łamaną Skałę. Zaczynają się "schody" a raczej zaspy, ale nie jest najgorzej. Śniegu mamy po kolana, trochę jeszcze sypie. Im bliżej szczytu, tym zaczyna go przybywać, zmieniamy się z darkheushem w przecieraniu szlaku. Patrzę na otoczenie z niedowierzaniem - skąd tyle śniegu?!? Jak na razie przecieranie szlaku udami sprawia mi frajdę. Otrzymuję sms'a od dakOty, że oni już siedzą w ciepełku na Gibasach z Pudelkiem, czekają na nas.
Jesteśmy blisko skrzyżowania szlaków, ale za bardzo nie możemy się do niego przebić - jest tam odsłonięty kawałek polany, śniegu nawiało, w dodatku nadal sypie a w połączeniu z silnym wiatrem staje się on bardzo dokuczliwy.
Jakoś trafiamy na drogowskaz, teraz zielonym i niebieskim, widzimy przed sobą jakieś 5 m ładnie odsłoniętej ścieżki, żadnych zasp...ale za zakrętem, za drzewami już się czają... Miałam nadzieję, że szlak będzie przedeptany przez ekipę Krisa, jednak wkrótce darkheush kontaktuje się z nim i dowiadujemy się, że oni zrezygnowali, wrócili do Andrychowa.
My brniemy dalej. Już na początku gubimy szlak (o matko! - jak on jest źle oznakowany!). Błądzimy trochę po lesie i decydujemy się wrócić po śladach do rozstaju szlaków. Za drugim razem już się udaje dobrze obrać kierunek, ale idąc dalej jest jeszcze kilka niepewnych miejsc. Docieramy do miejsca, gdzie niebieski odbija w lewo, teraz jeszcze przejść obok Gibasowego Wierchu, kawałek lasu i jesteśmy u Staszka (mam ten odcinek w głowie, bo już tyle razy tędy szłam). Ale tutaj Beskid Mały pokazuje na co go stać, jest ciemno, wieje silny wiatr, niesie ze sobą śnieg, odcinek szlaku jest pozbawiony drzew - nie wiemy którędy iść, którędy trawersować... widoczność na parę metrów, moja czołówka zdycha. Byłam tu więc idę pierwsza, ale nie mam pojęcia jak iść. Dzwonię do dakOty czy to ona do mnie... już sama nie wiem-byłam w szoku... mówię o naszej sytuacji. W myślach przewijają mi się relacje z akcji ratowniczych, opowieści o wykopywaniu jamy w śniegu, o dawaniu znaków lampą błyskową aparatu. Zostanie w miejscu i schronienie się w śniegu to dla mnie ostateczność, jak na razie niewyobrażalna - jesteśmy zmęczeni, zmarznięci, moje rękawiczki są pokryte śniegiem/lodem, dłonie mi zamarzają. Jest mi zimno, tempo marszu (jakiego marszu!?!? robię jeden krok na minutę lub jeszcze gorzej...) nie rozgrzewa wcale , więcej myślę niż robię (za dużo myślę...). Na odwrót jest już stanowczo za późno. Wiemy, że Gibasy są "za rogiem", tylko którym...
Dzwoni mój telefon - pająk informuje mnie, że rusza nam na przeciw... nadzieja zaczyna się tlić. Brniemy przed siebie lub w podobnym kierunku, czuję, że jesteśmy trochę za nisko w stosunku do linii szlaku, ale jak widzę powyżej zaspy w granicach 2,5-4 metry moje siły opadają do zera. Po jakimś czasie coś zaczynamy słyszeć - nie wiemy, czy to się nam wydaje czy rzeczywiście pająk idzie nam z odsieczą...
Jednak! to on! sporo czasu jeszcze upływa nim udaje się nam spotkać. I tak wiemy, że to cud, że w ogóle nam się to udało!
Idziemy z pająkiem po jego śladach, które w pewnym momencie znikają!!!...wiatr zawiał je w tak krótkim czasie.
Błąkamy się po Gibasowym Wierchu, już całkiem tracąc orientację w terenie, z północnego zbocza nie wiadomo kiedy przenosimy się na południowe (mi wciąż się wydaje, że jesteśmy na północnym).
Chwila odpoczynku, regenerujemy siły czekoladą. Idziemy dalej, chociaż nie wiemy gdzie. Kontaktujemy się z ludźmi na Gibasach - mają wyjść przed chatę i gwizdać, krzyczeć...ale nie dochodzą do nas żadne odgłosy. Godzina 24.00 pająk pyta: "Idziemy dalej czy schodzimy na dół"? Chwila ciszy, odpowiadam-"schodzimy". W dół prowadzi darkheush, pająk dzwoni do chatki i informuje o naszej decyzji. Cudem trafiamy na niebieski szlak - no to teraz mniej więcej wiemy, gdzie jesteśmy, ale schodzimy, na Gibasy nie tym razem...
Widzimy na mapie, że na polanie poniżej, obok szlaku, mają być zabudowania. Idziemy tam. Ale nie jest łatwo - pająk przeciera szlak udami, śniegu po pas, dodatkowe utrudnienia to wiatrołomy - przeciskamy się pod nimi wpadając do białego puchu. Idę na końcu, zmęczenie daje się we znaki - na nogach już jesteśmy ponad 8 godzin bez żadnego dłuższego odpoczynku. Gdy się zatrzymuję i opieram na kijkach aby odpocząć, łapię się na tym, że zasypiam - normalnie ucinam sobie kilkusekundowe drzemki - masakra!!!
Gdyby nie nawoływania Reni, bym szła, to gdzieś tam bym wpadła w zaspę i zasnęła...
Około 03.00 w nocy docieramy do polany, jeszcze nigdy nie cieszyłam się tak na widok zabudowań...
Dosłownie "wbijamy się" do pierwszego domu (o szczegółach za bardzo nie ma co opowiadać... rano wszystko wyjaśniamy z właścicielką). Palimy w piecu w kuchni i w kominku w pokoju, posilamy się, suszymy ciuchy. pająk dzwoni do Sabinki, że jesteśmy ocaleni, jednak jak się okazuje przy spotkaniu już na dole, ta nic takiego nie pamięta. Jak rozpoznać, czy to wszystko to sen czy rzeczywistość...
W niedzielę schodzimy niebieskim szlakiem w stronę Koconia, szlak z początku nawet odgarnięty przez tubylców, ale dalej już tylko jako takie ślady... pająk znów przeciera nam szlak.
Mamy informacje od Staszka, że kawałek sprowadził grupę z Gibasów. pająk sporą część swojego bagażu nakazał zostawić na Gibasach - wróci po to jak stopnieją śniegi...
Docieramy wreszcie do Koconia Przydawki, gdzie w knajpie oczekujemy na grupę z Gibasów. Jakże się ucieszyłam na widok tych wszystkich czubów!!! Chwila odpoczynku, wymiany wrażeń i z Renią, Pudelkiem i darkheushem pędzimy w stronę busa jadącego do Bielska-Białej. Wcześniej dakOta z kotOlą, Zuzią i Achimem obierają kierunek na Suchą Beskidzką.
Do domu docieram przed 19-tą wyczerpana... a dzisiaj rankiem czułam wszystkie mięśnie-potężne zakwasy. No w końcu pływanie w śniegu nie jest takie łatwe...
Kilka spostrzeżeń wartych zapamiętania:
1. Nie wybierać się w góry jak od kilku dni pada śnieg i jak w obecnej chwili też pada.
2. Zimą starać się wędrować za dnia.
3. Jak mawiał mój profesor: "Umiesz liczyć, licz na siebie" - nie nastawiać się, że ktoś wcześniej przetrze nam szlak, bo i tak po godzinie wiatru i padającego śniegu z tego przecierania nic nie zostanie.
4. W zimie nawet Beskid Mały może urosnąć do rozmiarów Himalajów.
Kilka moich ujęć po kliku w obrazek: