sobota, 4 kwietnia 2009

W poszukiwaniu Pani Wiosny

4 kwietnia 2009 - Beskid Mały
Kozy - Przeł. U Panienki - Gaiki - Przeł. Przegibek - Magurka Wilkowicka - Czernichów
 
6:00. Ze snu wyrywa mnie pisk budzika. Przez zaspany łeb przedziera się jedna myśl: "Co jest do cholery!!!". Ach już wiem!!! Miałem ruszać w góry, ale jeszcze na chwilkę przyłoże głowę do poduchy. Chwilka zamienia się w dwie godziny. O rany!!! No to mam ładne opóźnienie. Dobrze, że przynajmniej jestem spakowany. Na szybko robię jakieś szturmżarcie i pędzę na busa w kierunku Bielska. Prawie biegiem wpadam na dworzec autobusowy w Andrychowie i tu pierwsza niespodzianka. Bus już czeka (na mnie??? niemożliwe). Pytam kierowcy: "Kiedy Pan odjeżdża?". "Za chwilkę" - pada odpowiedź. No to mi się upiekło. Jeszcze nie wiem, jak bardzo mi się upiekło i to dosłownie.

30 minut jazdy i jestem w Kozach. Stąd ruszam żółtym szlakiem w stronę Przełęczy U Panienki.




Słoneczko wesoło przygrzewa (jeszce mi da popalić, ale o tym poźniej), idzie mi się dobrze, po drodze wdaję się jeszcze w krótką konwersację z mieszkanką ul. Chrobaczej(???) w Kozach.

Po wejściu w las robi się troszkę chłodniej (nareszcie). Tak od wysokości ok. 450-500 m pojawiają się pierwsze łaty śniegu.


Tu naprawdę widać wiosnę.



Listkowiec cytrynek (Gonepteryx rhamni)

Czas ruszać dalej. Przede mną daleka droga. Chcę dziś dojść przez Magurkę Wilkowicką i Czupel aż do Międzybrodzia. Zdaję sobie sprawę, że nie będzie łatwo. Z przecieków z forum i zaprzyjaźnionych webmasterów, wiem że w górach jeszcze kupa śniegu. A więc dreptam sobie, troszkę po śniegu, troszkę po błocie.




Mniej więcej od wysokości 600-650 m mam pod stopami już tylko śnieg. Całe szczęście, że ubity. Nie zapadam się głębiej niż po kostki. Ciągle jakoś nie decyduję się na założenie ochraniaczy, bo niby po co (na razie).


Wreszcie dobijam na Przełęcz U Panienki (705 m n.p.m.). Do tej pory mam niezły czas. Idę sam, a więc sam narzucam sobie tempo marszu. U Panienki chwila restu. Czas na coś do picia i odpoczynkowego.


No dobra. Trzeba ruszać dalej. Teraz czrwonym szlakiem idę w stronę Gaików. Jak do tej pory śnieg nie jest specjalnie uciążliwy (nadal bez ochraniaczy).




I nagle jebuduuuuu!!! Skąd tu tyle śniegu ja się pytam. .


Zaczyna się uciążliwe torowanie..Po prostu masakra. Idę i idę, a drogi nic nie ubywa. Śnieg sięga mi tak mniej więcej do kolan. Ale cóż to za śnieg. Woda bardziej. Zaczynam już czuć wilgoć w butach. Po ok. 15 min. takiego rycia w tej breji mijam dwójkę turystów zmierzających w stronę Hrobaczej. Też są przemoczeni, lecz ja cieszę się z tego, że mam już przed sobą przetarty ślad. Faktycznie idzie mi się teraz prawie komfortowo. Prawie, bo jednak to nie ten rozstaw kroków, a i pod śniegiem w wielu miejscach czają się kałuże. W butach już wesoło chlupocze. .


Po ok godzinie marszu dobijam wreszcie na Gaiki. W stronę Przegibka widzę pięknie wytopioną ścieżkę, a więc...


Szkoda tylko, że ta ładnie odkryta ścieżka zamienia się w rwący strumyk.


Po drodze na dół spotykam kolejną ekipę. Trzy osoby. Ci są w krótkich porciętach i bez ochraniaczy. Jakoś tego nie widzę na dłuższą metę, a wybierają się na Hrobaczą. Jeszcze niżej trafiam na kolejnych ludzi. Tata i syn. Idą z Czernichowa z noclegiem na Magurce. Nieźle przygotowani. Ochraniacze i rakiety przypięte do plecaków. Wypytują o drogę na Hrobaczą. Wzajemna wymiana doświadczeń i ruszamy każdy w swoją stronę.


Wreszcie po wielu trudach docieram jakoś na Przegibek. Nie mogę sobie tu odmówić pewnego napoju i po kilkunastu minutach ruszam dalej niebieskim szlakiem w stronę Magurki.
Na początku fajnie. Idę po ubitym śnigeu.


Trafiam wreszczie na strumyk. Cholera czy on musi płynąć środkiem ścieżki (ponoć jest tak cały rok).


A za mną Bielsko :)


Po wyjściu na polany pod Magurką, upał jest wręcz nie do zniesienia. Wylewam z siebie litry potu, temperatura w słońcu przekracza chyba 40 stopni. Czuję się jak skwarek na rozgrzanej patelni, za to widoki wynagradzają tą męczarnię.






Do schroniska docieram mokrutki. W butach już nawet nie chlupocze. To już powódź i apokalipsa.


Przy schronisku siadam na małą kawkę. Jestem mile rozczarowany, ponieważ pomimo pięknej pogody, w schronisku jest raptem kilka osób wygrzewających się na słońcu. Żadnych psów, śmieci czy co gorsza zmotoryzowanych. Ten błogi nastrój mąci tylko obawa o moje kolano, które po raz kolejny odmawia współpracy. Boli jak diabli. Zastanawiam się chwilę nad przebiegiem dalszej marszruty i decyduję się na zejście do Czernichowa. Czupel nie tym razem. Móglym nie dojść z tym kolanem. A więc po kawce zaczynam schodzić na dół. Widoki nadal przecudne. Beskid Śląski ze Skrzycznem i Klimczokiem a za moment Kotlina Żywiecka z miłościwie nam panującą Królową Beskidów.






W butach mokro, z tym że już to nie robi na mnie wrażenia. Jeszcze nie wiem o tym, że do chlupotu dołączy błoto. Narazie schodzę w miarę bezkolizyjnie.


Niedługo. W miarę schodzenia śnieg znika. Za to jest coraz więcej błota. Po prostu ścieżka jest już nawet nie rwącym strumykiem ale regularną rzeczką. A górskie potoki szaleją.




Przy pierwszych zabudowaniach Czernichowa już mi kompletnie nie zależy. I tak jestem upaprany w błocie po kostki. A że dnem ścieżki płynie woda??? No to co - przynajmniej umyje mi buty. Rzut oka na Kościelec i Jaworzynę...


... i nagle to czego szukałem.


A jednak to wiosna.
Teraz jeszcze krótkie zejście na autobus i wracam do domu. Jestem pięknie opalony (mógłbym zaśpiewać Ryśkowe "Czerwony jak cegła, rozgrzany jak piec"), kolano boli nadal, lecz wycieczkę zaliczam do jak najbardziej udanych.

Czasy przejść:
Kozy - Przełęcz U Panienki: 1 godz. 15 min.
Przeł U Panienki - Gaiki: 1 godz. 5 min. (częściowo nieprzetorowany szlak)
Gaiki - Przegibek: 30 min.
Przegibek - Magurka Wilkowicka: 1 godz.
Zejście do Czernichowa: 2 godz.

I na koniec w ramach bonusa: nad Żarem jak ptaki :)