niedziela, 17 maja 2009

VI Zlot Beskidolubów

16/17 maja 2009 - Beskid Wyspowy
Lubień - Zimna Dziura w Szczeblu - Szczebel - Glisne - Luboń Wielki - Perć Borkowskiego - Rabka Zaryte
 
            Już od dawna Kris namawiał mnie na rejestrację na Beskidzkie.fora.pl. W lutym tego roku podjąłem męską decyzję. Zarejestrowałem się. Tak zaczyna się ta przygoda. Na początku miał być mini zlot na Gibasach, jednak przyroda w sposób brutalny zweryfikowała moje (i forumowe) plany. Miałem wtedy okazję poznać Pająka, Xagę, dakOtę, Pudelka, i innnych, choć odbyło się to dopiero na drugi dzień w knajpie na Kocońskiej Górze. Kilkadziesiąt postów później okazało się, że szykuje się zlot forumowiczów na Luboniu Wielkim. Hmmm, byłem tam za dzieciaka, wieć warto sobie przypomnieć.
            Wstępnie umawiam się z Krisem. Analizujemy mapę, przeglądamy trasy dojścia i wreszcie pada: autem do Lubnia i dalej piechty przez Szczebel i Glisne na Luboń. W międzyczasie umawiamy się w Lubniu jeszcze z takim1gościem.
            16 maja, sobota godzina 9:00. Maszeruję ze spakowanym tobołkiem do Krisa. Pakujemy się wraz z Jolą do ich auta i ruszamy w kierunku Wadowic. Po drodze odbieramy jeszcze w Andrychowie Xagę. Godzinka jazdy przez Suchą Beskidzką i Pcim i jesteśmy na miejscu. t1g, Ola i Pete już czekają na nas. W 7 sztuk ruszamy "na szlak", który jak się okazuje nie ma zamiaru "odpuścić". Podejście pod Szczebel jest po prostu mordercze, ale w TAKIM towarzystwie upływa szybciutko. Nawet nie wiem kiedy dochodzimy do Zimnej Dziury w Szczeblu. Tu robimy pierwszy popas na trasie.



            Niektórzy eksplorują dziurę :)



            Chwila przerwy, coś jemy, pijemy i ruszamy dalej. Oj ciężko się idzie. Jest potwornie duszno, pogoda mocno niepewna, plecaki ciężkie a i szlak pnie się ostro w górę.. Po blisko 3 godzinach dochodzimy na szczyt Szczebla (976 m n.p.m.). Rozkładamy się na kolejny odpoczynek i jak się okazuje na grupową fotkę :)






            No to teraz wartko w dół. Zejście ze Szczebla w stronę przeł. Glisne nie sprawia większych kłopotów, aczkolwiek w kilku miejscach śpiewamy sobie "Na rozstaju dróóóóóg..." :) Miejscami zaczyna być widać nasz cel - Luboń Wielki.



            Z lekka kropi nas ciepły, majowy deszczyk, a wiosna wręcz oszałamia zielonością. Cud, miód i malina :)








foto by: Xaga






foto by: Pete






foto by: Kris

            Docieramy wreszczie na Glisne. No to teraz już tylko godzinka na Luboń :) Chwilowy popasik, jakaś czekoladka i coś do picia i ruszamy dalej. Na początku łagodnie, lecz dalej to ło matko!!! Podejście krótkie, ale treściwe. Nic to, ciągle ktoś widzi prześwit w lesi, twierdząc, że już niedaleko. I tak przez 1,5 godziny :)



            Ostatnie metry do schroniska przebywamy już we mgle i deszczu.



            Wewnątrz jest już część ekipy. Gospodarzy Bernie, jest Pietruś, Mikrutt, Dżordż, Mat. Instalujemy się na styszku odremontowanej bacówki, w międzyczasie dociera Pudelek, Kaper, Janioł, kotOla,dakOta, Achim i Zuzik. Zaczynamy imprezować, za oknem szaruga, ognisko w niebezpieczeństwie. Docierają ostatni mohikanie: Pająk z Sabinką, Prezes Keraj i Jarek. Już chyba wszyscy :)





            Ok 20:00 wychodzę na fajkę przed schronisko i co widzę??? Ruszył się wiatr i ropędza chmury. Widok powala. Dociera ronież niezapowiedzianie Menelkij.









            Ognisko jednak uratowane. W nocy rozpogadza się na tyle, że widać na horyzoncie światła Grodu Kraka. My siedzimy, o ile to można siedzeniem nazwać przy ognisku, są śpiewy, kiełbaski, pyszne napoje (mniam) i tak do biaałego rana. Niektórzy nie idą spać wcale.
            Rano (czy godzina 11 to rano???) wita mnie przepiękna pogoda. Cały Wyspowy jak na dłoni. Leniwe pogaduchy, śniadanie, poranna (???) kawka. No ale wszystko, co dobre, szybko się kończy. Przychodzi czas pożegnań. Nam również trzeba "do mamy". Jeszcze tylko grupowa fotka...



            ...i ruszamy z Xagą, Jolą i Krisem Percią Borkowskiego do Rabki Zaryte. Szlak no, no, nie powiem. Robi wrażenie. Taka miejscami mini Akademicka Perć.












            Po drodze jeszcze widzimy znajomy napis. Nasi tu byli :)



            Na dole robi się prześliczna wiosna. Nie wiadomo na co patrzyć, czy na góry przed nami, czy na Luboń, za nami.






            W Rabce Zarytem pakujemy się do busa i docieramy do Zdroju. Tu pólgodzinne smażenie się na dworcu autobusowym i wskakujemy do busa pędzącego na Kraków. W Lubniu ewakuacja i kilkaset metrów podejścia do zaparkowanego dzień wcześniej auta. Czy stoi, a jeśli tak to w jakim stanie??? Okazuje się, że wszystko jest OK i tak kończy się ta piękna przygoda z BESKODolubami w tle.