poniedziałek, 22 czerwca 2009

Deszczowy Luboń - trochę po szlaku, a trochę nie...

20/22 czerwca 2009 - Beskid Wyspowy
Rabka Zaryte - Luboń Wielki - Rabka Zaryte
 
Pytanie nr. 1
Czyj to był pomysł?

Pytanie nr. 2
Kto zamawiał pogodę?

Pytanie nr. 3
Po jaką cholerę mi to było?

Pytanie nr. 4
Czy było warto?

Sobotnie popołudnie. Za oknem leje, a ja siedzę sobie przy kompie i przeglądam forum. Nagle, ni stąd ni z owąd Kris atakuje moje gg: "Skoczymy na Luboń?". No chyba cię stary porąbało, w taką pogodę? Ale raz zasiana myśl zaczyna kiełkować i po 20 minutach już robię zakupy, a po kolejnych 10, pakuję tobołek. O 15.30 wrzucamy mandżur do mojej fury i jedziemy do Zarytego. Parkujemy pod znajomym zielonym sklepikiem, obiecując panu właścicielowi, że jutro na pewno odbierzemy autko. Taaaaa jutro, z pewnością.


Leje jak z cebra, ale nic to. Szybkie beer-time i ruszamy zielonym na Luboń. Kapu kap, kapu kap, a ścieżką wesoło rwie strumyczek.



Błoto miejscami po kostki. Tylko nam znanym sposobem gubimy szlak jeszcze przed wejściem do lasu, no i się zaczyna. Kolejna godzina to przedzieranie się przez chaszcze i paprocie sięgające pasa. W butach zaczyna wesoło chlupać, spodnie ponad ochraniaczami mokre od paprotek. Chwila odpoczynku. Gdzie my do cholery jesteśmy??? Na pewno na stokach Lubonia, tylko gdzie??? Kris wyciąga mapę - niewiele nam to daje.


Postanawiamy: po pierwsze idziemy w kierunku na północ (tam musi być jakaś cywilizacja), po drugie jak do zmroku nie trafimy na szlak zielony lub niebieski, to robimy wycof na przełaj w dół. OK, pada tekst "bier się" i rypiemy na wprost przez las, stromo w górę. Około 19.00 wychodzimy na jakąś drogę, jak się okazuje, centralnie w miejscu połączenia szlaków zielonego i niebieskiego.


No to żyjemy. Kilka chwil i już suszymy się w schronisku.


Okazuje się, że nie jesteśmy sami. Dociera Pietruś, jest również ekipa "Elita Mnicha" z zabrzańskiego PTTK-u. Przesympatyczni ludzie. Wieczorem mała integracja na jadalni, beer-time, cytrynówka, żołądkowa i nynu.




Rano budzą mnie krople deszczu za oknem. Chyba trzeba się zbierać na dół bo nic nie zwojujemy w taką pogodę. Ale w sumie nie wiem jak to się stało, że zapada decyzja: zostajemy do jutra. Spokojnie zdążę do pracy, w końcu mam na 14 (już to widzę). Po południu uderzamy na zakupy do Rabki, wracamy na Luboń i znów mijają leniwe godziny w schronisku.




Dla niedowidzących wpis brzmi:"Obsłuda fachowa i miła, polecam wszystkim to przyjazne schronisko. Grubasek za bufetem naprawdę wymiata"




Widok z Lubonia Wielkiego na Tatry :)

W poniedziałek rano jednak trzeba się zbierać. Pakujemy tobołki i Pietruś zwozi nas terenówką do Rabki Zaryte. Moja fura stoi nienaruszona. Meldujemy się w sklepie po odbiór auta, pan kierownik stwierdza: "Co powalczyliście???" No tak, nie da się ukryć. Godzinka jazdy i jesteśmy w domu.

Kilka moich fotomontaży oraz galeria Krisa

Jako bonus filmik pt."Pan osełkowy :)"


P.S. A mówią, że Luboń to takie spokojne schronisko. Nic bardziej mylnego. O mało nie zostałem ścięty.


P.S.2
Odpowiedzi na pytania z początku relacji:

Ad1. takiego1gościa i zdezerterował.
Ad2. Niech się ten ktoś lepiej nie ujawnia bo maczeta jest na Luboniu.
Ad3. Sam nie wiem, ale...
Ad 4. ... było jak zawsze fajnie