niedziela, 7 czerwca 2009

Grzaniec u Berniego

7 czerwca 2009 - Beskid Wyspowy
Rabka Zaryte - Luboń Wielki - Rabka Zaryte
 
W ubiegłą niedzielę odwiedziliśmy przyjazne Czubom/Lubom czy innym Holikom miejsce - Luboń Wielki. Odwiedziliśmy w składzie: Xaga, Kris, pies przewodnik i moja skromna osoba. Mimo niezbyt zachęcającej w Andrychowie pogody, pakujemy się do uniaka Xagi, godzina jazdy i parkujemy pod sklepem w Rabce Zarytem. Wyjątkowo nie było korków, a zielone światełka na przewężeniach drogi przyjaźnie do nas mrygały.
Teraz wio na Luboń zielonym.



Pies śmiga do góry jak szalony. Nie omija żadnej kałuży.



Droga łatwiutka, przyjemna i łagodna. Miejscami zastanawiam się, po jaką cholerę na zlot szliśmy czarnym/czerwonym przez Szczebel i Glisne. Moje rozmyślania i wątpliwości, co do obranej wtedy marszruty, rozwiewa Kris: cytat - "Co by dostać trochę w d...". No tak co racja, to racja . Czas leniwie upływa, a nam upływa droga wśród zieloności lasu i błękitu nieba, po którym przewalają się białe obłoczki, dodając "ziarenko smaku" do tego zielono-błękitnego szaleństwa barw.



Mija 1.5 godziny i docieramy do celu.



I tu zaskoczenie - w progu wita nas nie Bernie (jak na gospodarza chlebem i solą przystało), lecz forumowy kolega Pietruś.



Nic to, wchodzimy do schroniska, poklepujemy się za bufetem z Bermie'm, wyciągamy szturmżarcie, coś do picia i zamawiamy kawkę/herbatkę. Pies też zgłodniał i uzupełnia kalorie. Po konsumpcji i regeneracji sił wypełzamy przed schronisko, rozkładamy się na ławeczkach, jest ciepło, świeci słonko, przywiewa lekki wiaterek, opowiadamy o tym i owym, podziwiamy wyrób mistrzów stolarskich, wspominamy niedawny zlot... i na tym błogim lenistwie, wspomaganym przez "beer-time", upływa nam kilka kolejnych godzin.





Widoki przepiękne, z jednej strony Wyspowy, a z drugiej Królowa Beskidów, wyjątkowo bez focha. Po prostu nie wiadomo na co patrzeć. Pies jakby odżył.



Atmosfera sielanki normalnie. Ludzi na Luboniu jak na lekarstwo, ale... no właśnie, zawsze musi być to "ale". Zjawiają się crossowcy/quadowcy, mącąc na krótko (na szczęście) tą błogą atmosferę. Potem kilka pysznych opowiastek i grzaniec Pietrusia jeszcze bardziej zmusza nas do potrenowania mięśni mimicznych twarzy w tzw. "uśmiechu od ucha do ucha" lub też "turlaniu się po ziemi ze śmiechu".



Wszystko co dobre, szybko się kończy, chyba znów za szybko. Nawet nie chyba, na pewno za szybko. O 17 pakujemy manatki i zaczynamy zejście niebieskim do Zarytego (i pozostawionego na łaskę losu uniaka). Po drodze Xagaszaleje z psem po zielonych łąkach.





Na dole wrzucamy tobołki do bagażnika i startujemy do doma. Jeszcze krótki postój pod sklepem w Skomielnej i po kolejnej godzinie jazdy (znów bez korków i z mrygającymi zielonymi) jesteśmy w Andrychowie.




Komplet zdjęć z wypadu znajdziecie na Picasie.