niedziela, 5 lipca 2009

Luboń No. 4

5 lipca 2009 - Beskid Wyspowy
Rabka Zaryte - Luboń Wielki - Rabka Zaryte
 

Od początku.
Wiedziałem, że Angi z Wilczycą śmigają na Babcię na weekend, wiedziałem również, że będą w tej okolicy Djinn z Małżowinką.

Kris o swoich zamiarach poinformował mnie na gg, ale jakoś nie po drodze mi było, chciałem "pomieszkać" w końcu w domu. Na dobrą sprawę, to nie wiem, ale ten Luboń wymyśliła chyba Janioł. Zaczęła kusić i namawiać, wpierw na PW, a potem coraz skuteczniej na gg. Jako, że kobiecie się nie odmawia, wpadłem na pewien iście szatański pomysł: spróbuję namówić Renię na wypad, pierwszy od zimowych Gibasów. O mały włos, a cały misterny plan ległby w gruzach. Starość nie radość. W czwartek rano ledwo łażę, w plecach łupie jak diabli. Szczęśliwie szybko przechodzi (nie ryzykuję masażu pleców w wykonaniu mojej małżonki, co mi nieśmiało proponowano) i o 8.40 w niedzielę ładujemy się do auta i jedziemy w stronę Rabki.

Podróż o dziwo ekspresowa - 70 km w niespełna godzinę. W Naprawie dzwonię do Janioła: "Gdzie jesteście???" Będą za ok. godzinę. No to OK, poszukamy jakiejś knajpy, bo Reni przyszedł smak na kawę, a mi na piwo.


Teraz telefon do Xagi, która informuje mnie, że jedzie po Chemicę i Krisa na Krowiarki. Niebawem nadciąga Janioł z Justyną. Trochę jeżdżą po Zarytem tam i na zad nie mogąc mnie znaleźć. Spowodowane jest to zapewne tym, iż nie szukają mnie tam, gdzie mnie szukać należy, czyli w jedynej w okolicy otwartej knajpie.
Teraz dreptu, dreptu zielonym. Świeci śliczne słonko, po niebie przewalają się białe obłoki, Justyna z Renią zbierają grzyby, a Janioł dokazuje (takie to małe, a takie upierdliwe).





Tempo iście emeryckie, na Luboń docieramy po 2 godzinach!!! Witamy się z Matem i Panem Kierownikiem. W niedługim czasie dochodzi ekipa "krowiarkowa", a w doliny zbiera się Mat (spotkał na schronisku sympatycznych ludzi z Chrzanowa, i zabiera się z nimi do domu).


My rozkładamy się z jedzeniem, kawką, herbatką czy tam co kto woli. Janioł wyciąga ciasto, jednak gdzie tej marnej namiastce do przepysznych wypieków Xagi. No dobra przesadziłem - pyszne było. Kris z przepastnych czeluści plecaka wydobywa nawet odrobinę eliksiru z pewnego tropikalnego owocu.



Następuje błogie lenistwo... Panie odrobinę molestują Berniego, a ten odpłaca się im kwaśnicą.



Kilka kolejnych godzin to pogaduchy, opalanie się przed schroniskiem, test pozycji "na leniwca Sid'a" oraz magiczna sztuczka z ręcznikiem Chemicy.




Około 18.00 następuje czas odwrotu. Szybkie pożegnanie się z Chemicą (zostaje na nocleg - tej to dobrze) oraz Berniem i zaczynamy zejście do Rabki Percią Borkowskiego.



Wszystko przebiega w sumie zgodnie z planem, ale... no właśnie. Nie wiem czemu mamy to z Krisem zawdzięczać. Czy słodyczy emanującej od naszych przemiłych pań??? Powiem tylko tyle, że w drodze powrotnej zostajemy z Krisem pożądleni przez osy.
Nic to. BESKIDoluby muszą być twarde. Jeszcze fantastyczne opowieści spotkanej góralki, snopki siana malowniczo rozrzucone po łąkach i transport Janioła i Xagi do aut rozsianych po całym Zarytem. .




Czas pożegnań i ruszamy, każdy w swoją stronę. No prawie, ponieważ z Xagą jedziemy w tym samym kierunku.
I tu następuje moment kulminacyjny wypadu, tzn. próba dotrzymania kroku moją furmanką naszemu forumowemu Hołowczycowi. Prawdę mówiąc, to nie wiedziałem że moja fura tyle wyciąga, a miejscami myślałem że rozpadnie się w drobny mak
Podsumowując w kilku słowach, pozytywny wypad w miłym towarzystwie. Fajnie było zobaczyć te znajome pyszczki, a i fajnie było poznać nowe.

Komplet fotopstryków na Picasie.