niedziela, 2 sierpnia 2009

Janielska włóczęga

1/2 sierpnia 2009 - Beskid Mały
Rzyki Praciaki - Anula - Gibasy - Leskowiec - Groń JPII - Rzyki Jagódki
 
Piątkowy wieczór: odbieramy w Andrychowie Janiołka i eskortujemy do nas do domu. Kilka godzin spędzonych na pogaduchach, tokaju i rozmyślaniu czy wszystko spakowane i idziemy nynu. Tak zaczyna się ta przygoda z niespodziewanym finałem na Leskowcu.

Rano pobudka o 7:30. Śniadanie, kawusia i pędzimy na busa do Rzyk Praciaków. Podchodzimy dość mozolnie trasą wyciągu do czerwonego szlaku. Jest upalnie, plecaki nie najlżejsze, na szczęście powiewa lekki wiaterek.


Droga mija leniwie. Na Anuli robimy krótki postój. Renia robi kanapki, a Janioł rusza na borówki, by wrócić pół godziny później z fioletowymy plamami na rękach i ustach.


Teraz ruszamy do Staszka. Tak mniej więcej od tego miejsca do końca wycieczki będzie mi towarzyszył śpiew mojego babińca. W repertuarze dziewczyny mają wszystko: od "Sokołów" po "Kulfon co z ciebie wyrośnie". Czasami sobie myślę: jak będziemy kogoś mijać, to najwyżej powiem, że te panie nie są ze mną.


Na wiartołomach pod Gibasowym upał jest nie do zniesienia. Jak się później okazało, sobota była upalna, ale niedziela miała być jeszcze gorsza. Przeskakujemy szybko te polany i docieramy na Gibasówkę.



Nie jesteśmy sami. Jest grupa gimnazjalnej młodzieży z Warszawy z trójką opiekunów. Instalujemy się na chatce, jemy i już tylko we dwoje z Janiołem ruszamy na Czarne Działy. Renia zostaje pod opieką Staszka na Gibasach.
Kolejna godzinka to taplanie się w błocie jaskinek na Działach. Janiołek w swoim żywiole.





W drodze powrotnej, pełni wrażeń, znajdujemy nawet cztery grzybki. Na chatce załapujemy się na naleśniki z borówkami od warszawiaków, a później... no cóż, kolacja, spacer z córką Staszka do kapliczki na Gibasach, przekomarzania Janiołka i Reni z gospodarzem, beer-time, odrobina żubrówki z sokiem jabłkowym, przedstawienie teatralne warszawiaków, ognisko, kiełbaski, gitara, śpiewy... czyli tak, jak być powinno.








Rano wstajemy ok 8:00. Patrzę na termometr, a na nim 28 stopni. Ło matko, no to nam dziś dogrzeje.Na niebie ani jednej chmurki, a, i po sobotnim wiaterku nie pozostał ślad. Babia i Pilsko w pełnej krasie.


Śniadanie, pakowanie i żegnamy Staszka i Magdę.


Ruszamy na Anulę i w stronę Leskowca. Dziewczyny znów śpiewają całą drogę, skutecznie płosząc wszelką zwierzynę swym wyciem. Pomimo upału i stada much krążących nad moją głową do schroniska na Groniu docieramy bardzo szybko. Od Staszka - 2 godziny.



Przy schronisku ławki okupowane przez stonkę, jednak nie ma dziś jakiś specjalnych tłumów. Być może sporo ludzi wybrało się na odpust na Trzonkę. Lecę do bufetu po piwo, a Janiołek zabiera się za pyszną rybkę. Dobrze, że nie ma z nami pewnego forumowicza, bo znów by sobie nie pojadła. Reni zamarzyła się smażona kiełbaska z grilla, a ja uzupełniam płyny kufelek po kufelku. Tak sobie leniwie siedzimy, gadamy aż nagle patrzę i oczom nie wierzę - od schroniska zmierza ku nam znajoma postać. Toż to Opek z siostrą Anią.


Niemożliwe, radość powitania, jak to ktoś napisał - jakbym miał ogon, to zamerdałbym się na śmierć.
Jednak wszystko co dobre, szybko się kończy. Musimy się zbierać na Jagódki aby zdążyć na autobus do domu. Opek z Anią ruszają na Gibasy. Jeszcze tylko obowiązkowa wspólna fotka BESKIDoczubów i każdy gna w swoją stronę...


Na autobus schodzimy tak w sam raz... Jeszcze widzę czerwone światełka i pozostaje nam czekać 2 godziny na kolejny. Rozkładamy się na klasyczny biwak na przystanku, w ruch idą karimaty.
Tak mniej więcej po godzinie widzę znajomą postać. Ależ jasne to moja kumpela ze szkoły średniej. "Podrzucić was na dół???" No pewnie!!! Tak oto docieramy do Andrychowa kończąc ten świetny wypadzik u nas w domu.



Podziękować dziewczynom za towarzystwo i śpiewy na trasie, Opkowi i Ani za całkowicie nieplanowane spotkanie oraz Izie za transport naszych umordowanych upałem zwłok Było po prostu super.

Komplet fotek z tego wypadu na Picasie.