niedziela, 6 września 2009

Czuby i wszystko jasne...

5/6 września 2009 - Beskid Wyspowy
Rabka Zaryte - Luboń Wielki - Rabka Zaryte
 
Miałem nie jechać, ale wpierw taki1gość, a później Janioł nie dawali mi spokoju. Pomysł spotkania i padło na Luboń. Wyjeżdżam w sobotę o 16 z Andychowa i gnam busem do grodu Kraka na spotkanie z Janiołem, dakOtą i kotOlą. Pędzimy przez Wieliczkę i Kasinę do Rabki Zaryte. Tam parkujemy autko przy znajomym zielonym sklepiku i o 19:40, już po ciemku, ruszamy na zielony szlak na "górę z antenką".


W sumie wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że gdzieś wysoko w lesie słychać w oddali jakieś wycie, a po drodze przyglądają się nam 4 pary czujnych oczu gdy w pewnym momencie oświetlam czołówką las. Lekki stres jest, tym bardziej, że tym razem to właśnie mi dziewczyny postanowiły bezgranicznie zaufać i przyjęły, że dojdziemy bezproblemowo na Luboń (dziękuję). Droga mija nam bardzo szybko.


Jakieś 20 minut przed schroniskiem do Janioła dzwoni Antyklina informując ją, że już doszli. On z Kasią szli od Glisnego, więc mieli trochę krócej. Jak się później dowiedzieliśmy Bernie miał lekką panikę w oczach, ponieważ Antylkina powiedział mu, że "z nim" przyjdą jeszcze 4 osoby. Bacówka zajęta przez harcerzy, na górze rezerwacja dla Czubów w sensie nas. I gdzie tu pomieścić jeszcze 4 osoby??? Nieporozumienie się jednak wyjaśnia, gdy okazuje się, że "ta czwórka" to nasze skromne osoby.

Na schronisku oczywiście Pan Kierownik, Pietruś oraz taki1. Poznajemy również przesympatyczną ekipę z Piotrkowa w składzie: Ewa, Honorka, Alex oraz Rosiu - zwaną dalej "Piotrkowską Grupą Wsparcia".
Siadamy, integrujemy się, jest gitara, popisy wokalne dakOty, Kasi i moje. Czas upływa leniwie, a we krwi zaczyna krążyć coraz większa ilość "ulubionej substancji".






Nawet nie wiem kiedy idę spać, w każdym razie ostatnia kładzie się kotOla. Rano - krajobraz po bitwie. Sytuację ratują dziewczyny przygotowując pyszne kanapki i herbatę, oraz Bernie serwujący naszym umęczonym zwłokom REWELACYJNĄ jajecznicę z rydzami (no miód w gębie).



Znów lenistwo przed schroniskiem. Pełen relaks i "ładowanie akumulatorków". Jakieś dziwne opowieści, kupa śmiechu, fotografowanie.





Niestety w pewnym momencie "Piotrkowska Grupa Wsparcia" zbiera się w doliny. Wspólna fotka BESKIDoczubów (witamy w tym zacnym gronie Panie i Panowie).


Niedługo po tym "do cywilizacji" schodzą Kasia i Antyklina. Zostajemy w sumie sami. No cóż, na nas również czas. Zejście niebieskim bez historii.



Powrót do domu najchętniej zapomniałbym, żal było opuszczać góry. Na szczęście mam świadomość, że za tydzień zaczynam urlop i Gorce, Biesy witajcie. Dzięki dziewczynom zostaję sprawnie podrzucony na Kraków Główny, wsiadam w busa i o 21:30 jestem w domu. Umordowany jak nigdy.

Wypad na wielki, wielki, wielki plus. Świetni ludzie, znane pyszczki, a i przybyło parę nowych.

Garść fotek na Picasie.