piątek, 17 września 2010

Zabeskidział mi świat...

17 września 2010 - Beskid Mały
Rzyki Praciaki - Potrójna - Chatka "Pod Potrójną" - Kocierz Rychwałdzki - Gibasy - Gałasie - Kocoń

... w zasadzie to wstępnie miało się nazywać "Chatki trzy". Potem w związku z tym, że miałem już dość życia w dolinach miało być pod tytułem "Czasami człowiek musi, bo inaczej się udusi". W końcu stanęło na tym.

Zawsze lubiłem samotne wędrówki po Małym. Mam w sumie niedaleko, więc postanowiłem się przy wolnym dniu odstresować. Celowo wybrałem piątek.

Start w Praciakach kilka minut przed dziewiątą.
Dobrze sobie znanym skrótem podchodzę na Trójkątną. Jednak w pewnym momencie zbaczam i idę na samiuśki szczyt. Do chatki Ani i Rafała. Droga na przeł Zakocierską zostaje daleko pode mną.
Tuż przy chatce zaczepiam miejscowego:
- Czy zastałem Anię i Rafała???
- Tak. Są tam powyżej. Kopią studnię
Podchodzę kilka kroków i przedstawiam się, że ja z forum BM. Ania ma duże opory i wstępnie mówi mi per Pan, co spotyka się z moją nieukrywaną dezaprobatą. Mam nadzieję, że to się zmieni. Uzupełniam złocisty płyn u Rafała i ruszam w stronę Trójkątnej. Tu postanawiam podenerwować kilka osób sms-ami o treści "Pozdrowienia z Trójkątnej".
Na odzew nie muszę długo czekać. Pierwsza reaguje Brombella
"No zajebiście się masz- A ja w pracy zasuwam qrde..."
Kolejna jest xaga - krótka piłka:
"Dzięki"
Niemal jednocześnie odpowiadają: Jolanta i Djinn:
"Ale mi żal, ja w pracy do nocy"
"Ale Ci fajnie. Nawet pogoda chyba nie jest zła. Mam nadzieję, że za tydzień i my gdzieś ruszymy na szlak"
Angi:
"Pozdrów Lucjana i Ewę". Załatwione Ujku.
Lowell:
Pozdrowienia zza biurka wrrrrr"
A więc sms odniósł oczekiwany skutek
Powoli zmykam na chatkę pod Potrójną. Miejscami zaczyna kropić.
Dochodzę. A tu pusto. Zachodzę aż pod stodółkę. Cisza. Nagle gdzieś z ganku odzywa się dobrze znajomy głos:
Ej!!! Chodź no tutaj. Gdzieś polazł???
Nie mogę się mylić - to Lucjan.
W chatce zostaję przedstawiony rodzicom Lucjana, wypijam kawkę i złocisty płyn i... w dól do doliny Kocierzanki tuż obok znanej sławojki.
Teraz do szlabanu. Lekko pod górkę i... rozbijam się o kłódkę na drzwiach w Staszkowej chacie. Chatara nie ma. Jest w Żywcu i wróci późnym wieczorem. Chwilę siedzę przy znanym Czubom stoliku...
Myślę. A może by tak zejść na Kocoń??? Nie widzę problemu. Kilka porad technicznych przez telefon i śmigam. Na Gałasiach jestem w pół godziny. Odżywają wspomnienia z tych cholernych Walentynek 2009. Zaczepiam Gaździnę. Pamięta doskonale całą sytuację. Mówię, że to ja byłem jednym z tych czworo. Wspominamy, gadamy dobre pół godziny. Pyta co u nas, opowiada co u niej i u właścicielki chałupy, w której uratowaliśmy wtedy życie.
Schodzę dalej. Jeszcze koza jak się patrzy...
... i nagle Kocoń Przydawki.
Tu w kanjpie następuje nieoczekiwany finał wycieczki. Instaluję się na balkonie, zamawiam piwko i nagle dosiada się miejscowy Jasiek. Nasza rozmowa wygląda mniej więcej tak:

- Ło turysta, a skund idzies???
- No od Staszka, a w sumie to z Praciaków
- Łod Staska Krzoka???
- No dokładnie od tego z Gibasów
- No to sie musymy napić, bo jo go znom. Łun z Lasa pochodzi jak i jo, ino jo się tu w Koconiu ożenił a łun siedzi na górze coły czas. Jo go znom. Baśkaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!! Dejze dwie pińdziesiątki!!!
 
- A skund żeś jest???
- No przecież mówiłem, że z Andrychowa!!!
- A toś ty Plackorz. Wypiłeś??? Nie??? To pij ze!!! Baśkaaaaaaaaaaaaaaaaaa. Dejze jesce dwie!!!

I tak od słowa do słowa pęka chyba pół litra. Dziękuję z tego miejsca chłopakom za wsparcie techniczne, z tym, że na niewiele się przydało. Cholera, w międzyczasie dwa busy mi uciekły. Późniejszą drogę do BB prawdę mówiąc przespałem. Nie polecam takiej formy turystyki nikomu. Dziś obudziłem się rano chory jak "stopińdzisiąt", a do roboty trza było wstać.

Całość zdjęć po kliku w obrazek poniżej.