środa, 20 października 2010

Tour De Kocierz

20 października 2010 - Beskid Mały
Rzyki Praciaki - Smrekowica - Anula - Gibasy - Łysina - Kocierz Rychwałdzki - Przeł. Kocierska - Targanice
 

23 piździernika 2010. Kilka minut po 9 rano postanawiam skopać żółty szlak z Praciaków na Anulę tak, żeby nie wiedział którędy do góry. Delikatnie (bo w łapie puszeczka) podreptuję pod wyciąg na Pracicy.
Tu kręcę się kilka minut jak kij w przerębli. Gdzie do cholery ja mam iść dalej. Nagle zauważam niepozorny biało-żółty malunek na szlabanie. A ja się głupi po drzewach rozglądał. Lecę dalej. Po chwili zaczyna się kopanie, z tym że nie tak jak planowałem, żółtego szlaku przeze mnie, tylko mojego dupska przez szlak. No ja pierdziu, co za podejście!!! Płuca wyplute, ozor w postaci czerwonej krawatki zwisa mniej więcej do poziomu kolan. Gdyby nie kije w łapach, to ostatnie kilka metrów robiłbym chyba na czworaka. Na szczęście wszystko się kiedyś kończy, podejścia również.
Na trasie MSB generalnie ślizgawka. Gwiazdy (a w właściwe jedna gwiazda) czasem (delikatnie rzecz biorąc) tańczy na lodzie.
Do Anuli tempo na poziomie 1h 05 min. Czas na coś konserwowego - złocistego, o wyraźnym smaku goryczki. Chwilowy rest, klonowanie i zmykam do Staszka.
Po minięciu Mladej Hory zaczynam liczyć. Jedna, druga, trzecia, czwarta, piąta, szósta i siódma. Są wszystkie dziewczęta z Albatrosa (znaczy się tyczki kierunkowe postawione na trawersie Gibasowego Gronia przez pewnego mojego znajomego).
Mijam Gibasów, szlak zmyka gdzieś w dół, a ja zaiwaniam z uporem maniaka starą drogą do Staszka. Na Gibasówce godzinna pogawędka z chatarem, obgadywanie kilkoro naszych znajomych i takie tam. No i piwko. Czas się zbierać. Powolutku ruszam w stronę Łysiny, jednak tuż przed Czarnymi Działami zadziwia mnie widok czarnych znaczków na drzewach. Okazuje się, że ktoś wymalował szlak na Ślemień, który kończy się... w lesie. Pogratulować pomysłu!!!
Ja popylam dalej. W końcu dochodzę do Przeł. Płonne. No to już wiem, gdzie zjem sobie "obiad".
Widok powala. Zasuwam drożdżówkę, popijam browarem, leże w trawie, fotografuję. No żyć, nie umierać.
Jednak nie mogę tu zostać do wieczora. Na Łysinie mam lekkiego zonka. No tak. Z 10 lat mnie tu nie było chyba, to i asfalt położyli. Jednak dzięki sprytnemu sposobowi oznakowania szlaku bezbłędnie trafiam na zejście do Kocierza.
Kilka chwil i jestem na dole. Z plecaka wędruje na światło dzienne kolejna puszeczka. Nie ma to jak walnąć browarka pod kościołem - żadnych świętości.
Teraz zaczyna się wypluwania płuc ciąg dalszy, czyli podejście pod Przeł. Kocierską. Nie jestem sam, ponieważ kilka metrów przede mną swoje płuca na ziemi zostawia trójka rowerzystów. W końcu ląduję na 781 i mam okazję podziwiać prawie całą moją dzisiejszą trasę.
W karczmie tradycyjny browarek, odpuszczam już planowany wcześniej finisz na Trójkątnej i schodzę do Targanic. Dzień kończę widokiem na (można chyba już tak powiedzieć) "naszą górę", czyli skąpaną w promieniach zachodzącego słońca Jawornicę.
Potem wersja podróży do Andrychowa "na kciuk" i jestem w domciu.
Cudnie, cicho, prawie samotnie, kolorowo, tak jak lubię. No i w dodatku Mały. Mrrrr.

Komplet zdjęć (klik w obrazek):