poniedziałek, 16 maja 2011

VI Zlot Forum beskidmaly.pl

14/15 maja 2011 - Beskid Mały/Beskid Makowski
Rzyki Jagódki - Groń JPII - Leskowiec - Krzeszów - Przeł. Carchel - Żurawnica - Stryszawa

Czyli przez dwa Beskidy w drodze na Zlot.

4:30 budzik drze się w niebogłosy!!! No ale wstaję. Kawusia i godzinę później idę na znaną co niektórym zieloną stację powitać Świstaka. Po kolejnej godzinie wyskakujemy z busa przy kuźni w Jagódkach i zaczynamy wspólne dreptanie. Chłodno, ale dość szybkie tempo rozgrzewa mocno. W zasadzie to na samym początku następuje pierwsza, dzisiejszego dnia, zmiana planów (dobrowolna). Uderzamy na Groń nie czarnym szlakiem, ale serduszkami. I chyba był to bardzo dobry pomysł ze względu na widoki.
Mijamy puściutkie, jeszcze uśpione schronisko i idziemy na Leskowiec. Królową widać, ale będą również ledwo widoczne Taterki.
Szczytowe piwko i kanapka i robimy mały chaszczing w stronę Polany Semikowej (drugie odstępstwo od planowanego szlaku - również dobrowolne).
Teraz grzecznie, tak jak planowaliśmy, schodzimy MSB w stronę Krzeszowa. Widoki wypalają ślepia, robi się wręcz upalnie, ściągamy polary i zaiwaniamy dalej.
Gdy widać już Krzeszów i górującą nad nim Żurawnicę, w polach gubimy znaki (odstępstwo trzecie - niezamierzone). Tak się fajnie gada w drodze, że w końcu musimy pytać jakiegoś miejscowego, jak dojść do słynnej Arizony. A tam piwko.
Małe zakupy w sklepie i lekka burza mózgów. Prawdę mówiąc przeraża mnie perspektywa podchodzenia pod Żurawnicę czerwonym szlakiem i proponuję zielony z uwagi na Kozie Skałki, których jeszcze nie widziałem (odstępstwo czwarte - świadome). Wybór okazuje się słuszny z uwagi na zwiedzanie przepięknego kościoła w Krzeszowie, Kozie Skałki właśnie oraz widoki ze szlaku. Acha no i jeszcze sklep "U Jędrusia" po drodze.
Żurawnica od tej strony okazuje się być nie taką piekielnicą jak czerwonym i po kilku chwilach szczytorozmyślań idziemy na Carchel. Tu kawusia i jedzonko. W międzyczasie kontaktuję się z Jolantą, która deklaruje się poczekać na nas w Stryszawie przy GOK-u. Mijamy Gołuszkową Górę podziwiamy Żywiecki i zaczynamy schodzić czarną ścieżką rowerową do Stryszawy. Nie bardzo chce się nam asfaltingować, więc szybki telefon do Prababci:

- Joluś przyjedziesz po nas???
- A kaj żeście są???
- No tam i tam.

Po może 10 minutach zza zakrętu wypada na trzecim!!! biegu znajome małe autko. Radość powitania i po chwili mkniemy w stronę PTSM-u. Na miejscu już jest część ekipy, część poszła na spacer, a część jeszcze nie dotarła. W końcu odnajdujemy się wszyscy i zaczyna się Zlot.

Poranek to oczywiście integracyjne śniadanie, debata nad terminem i miejscem kolejnego zlatywania się, sprawa Gibasów itp itd. Potem następuje najsmutniejsza część zlotu, czyli czas pożegnań. I do domu...
Chciałbym podziękować wszystkim, z którymi spędziłem tak miło ten weekend czyli Indze, Asi zwanej Krysią, Iskarii, Brombelli, Czarownicy, Lisicy, Doris, Zuzi, Markowi, Mańkowi, Jardo (nasz gość z Republiki Czeskiej), Ufokowi, Dawidowi, Wojtasowi, Piotrowi, Lowellowi, Brzydalowi, Marcusowi, Szymskiemu, Mateuszowi, Djinnowi oraz Angiemu.
Szczególne podziękowania dla Frani za transport do domu (prawie, że do samego pokoju) oraz dla Świstaka, za niezapomniane kilka godzin w trasie. Do następnego.

Komplet wypocin tradycyjnie po kliku w obrazek: