niedziela, 10 lipca 2011

Dwa oblicza góry Żar

9 lipca 2011 - Beskid Mały
Elektrownia szczytowo-pompowa "Porąbka-Żar" - Żar - Cisowe Grapy - Przeł. Kocierska - Targanice

Zaczęło się od spotkania kilku osób na parkingu przy budynku elektrowni szczytowo-pompowej Porąbka-Żar. Mieliśmy umówione wejście do elektrowni i niebawem pojawił się przesympatyczny Pan (pracownik działu utrzymania ruchu), który bierze naszą grupę pod swe przewodnickie skrzydła. Zwiedzanie zaczynamy od obejrzenia kilkunastominutowego filmu o historii elektrowni. Następnie udajemy się do serca elektrowni. Prowadzi do niego 480 metrowa sztolnia, która spełnia również rolę szybu wentylacyjnego. W kilku miejscach jest przegrodzona ogromnymi drzwiami, które otwierają się i zamykają za nami z wielkim hukiem. Wrażenie jest niesamowite. Na jej końcu znajduje się serce elektrowni - maszynownia i pomieszczenie sterowania. Gigantyczna hala o wymiarach 40m wysokości, 30m szerokości i 124 m długości, podzielona na kilka (4 o ile dobrze policzyłem) pięter, a w niej 4 ogromne hydrozespoły o mocy 125 MW każdy i wadze 220 ton. I to wszystko kręci się z prędkością 600 obrotów na minutę!!! My trafiliśmy akurat na okres kiedy pracował tylko jeden generator, jednak hałas i tak zagłuszał własne myśli, a drżenie posadzki wywoływało ciarki na plecach.

W pomieszczeniu kontrolnym kilkadziesiąt monitorów, setki mrugających kontrolek, podgląd na system energetyczny całej Europy, a wszystko to obsługiwane przez czwórkę ludzi. Jako ciekawostkę Pan przewodnik podaje informację, że czas rozruchu elektrowni to 180 sekund. Tyle wystarczy od uruchomienia generatorów do osiągnięcia pełnej mocy. Podsumowując - watro było znaleźć się pół kilometra we wnętrzu góry Żar, na poziomie 275 (czyli mieć 275 metrów górotworu nad sobą) i jakieś 30 metrów poniżej lustra wody Jeziora Międzybrodzkiego. Przy okazji mała refleksja - wielkie brawa należą się dyrekcji elektrowni, która umożliwia zwiedzanie obiektu osobom niepełnosprawnym, czego byliśmy naocznymi świadkami. Idąc sztolnią w dół minęły nas dwa samochody, jednym jechał pracownik elektrowni, a drugim pewna kobieta z niepełnosprawnym chłopcem na wózku inwalidzkim. Potem gdy my poruszaliśmy się po maszynowni schodami, oni mieli udostępnione windy.

Niestety we wnętrzu elektrowni nie wolno robić zdjęć. I w sumie to tyle z pierwszej odsłony góry Żar tego dnia. Czas na odsłonę drugą - stricte górską.

A zaczęło się od tego, że jak na prawdziwych turystów przystało, MK wytaszczył moje i Jolanty zwłoki na sam początek czerwonego szlaku z Żaru na Cisowe Grapy.

Dreptamy, podziwiamy widoki cudne na świat...



Na Kiczerze wdajemy się w krótką (???), godzinną blisko pogawędkę z napotkanym turystą. Jola z czeluści plecaka wyciąga co??? No co??? SEREK!!! Tak, ten SEREK!!! Wyżera!!! W końcu nadchodzi czas na kolejny etap dreptania. Powolutku dochodzimy do ruin szałasu na Cisowych Grapach...



Tu kolejny rest, fotosesja, piciu... I nadchodzi ten moment, kiedy zostaję sam... Jolanta schodzi do Międzybrodzia, do autka, a ja popylam sobie w stronę )( Kocierskiej. Upał, muchy... i widoki nieziemskie na świat...



Po drodze mam jeszcze okazję wznieść się na wyżyny mojej znajomości angielskiego. Spotykam jakąś czteroosobową grupę i muszę się z nimi dogadać w języku Szekspira. Pytają o drogę na Żar. Staram się jak mogę. Chyba wychodzi nieźle, bo postanawiają zawrócić na Kocierską, z uwagi na późną godzinę. Na Kocierskiej funduję sobie piffffko i schodzę wyciągiem na dół. Z widokiem na Jawornicę.

Komplet moich zdjęć po kliku w obrazek: