piątek, 16 września 2011

Zbójnickiego hej!!!

12/15 września 2011 - Beskid Żywiecki
Rycerka Kolonia - Wielka Racza - Przegibek - Wielka Rycerzowa - Przeł. Przysłop - Svitková - Oszust - Jaworzyna - Przeł. Glinka Ujsolska - Hala Krawcula - Ujsoły
 

12 września 2011 - "W pogoni"

Tak się złożyło, że nie mogłem śmignąć rano do Zwardonia. Wybieram wariant alternatywny, czyli Żywiec - Rycerka Kolonia i żółtym na Raczę. Spotkanie z Pająkiem w Żywcu na ulicy. No tego się nie spodziewałem. Teraz bus do Kolonii. Startuję. Tempo mordercze. Z dwóch godzin wyrabiam do góry 1.40. Po drodze mijam jeszcze jakiegoś kolesia z okrutnym tobołem na plecach. Docelowo się okaże że spędzimy kolejne dwa dni z Arkiem w trasie. Pogoda się robi, widoki rozpieszczają.
Umordowany jak koń po westernie robię finisz. Jak widzę ten zakręt ze szlakowskazem "W.Racza 5 min" to po prostu drę się w niebogłosy "Kapeeeeeeeeerrrrrrrr ratuj bo nie dojdę!!!". Już widzę schronisko, już witam się z gąską.

Pierdut plecakiem o glebę!!! Siedzę!!! Dyszę jak ciufcia bieszczadzkiej wąskotorówki. Jakby mnie ktoś ścisnął, to wykręciłby wiadro wody.

Kaprowscy w ciągu pół godziny zdążyli się już lekko zintegrować z Michałem z Torunia oraz Piotrkiem i Magdą z Poznania. Za chwilę dochodzi Arek (również Toruń). I tak kolejne kilka godzin: to do bufetu, to na szczyt, a widoki co raz piękniejsze...
Wielki R. prześladuje nas swym obliczem. Idziemy spać, wszak jutro wschód słońca z najlepszej wieży widokowej w Beskidach (no może poza Królową). Dobranoc.

13 września 2011 - "Na spotkanie"

Nasza trójca jakimś cudem zrywa się grubo przed wschodem słońca. Michał i Arek postanawiają jednak pokimać dłużej. No to niech żałują. Jest czego...
W końcu wschodzi...
Widoki pod wspólnym tytułem "4 razy Wielki" - Wielki Krywań, Wielki Rosutec, Wielki Manin i Wielki Chocz.
Wracamy na śniadanko, chłopaki w międzyczasie się budzą. Integracja. Arek z uwagi na ciężar swojego plecaka postanawia wyjść troszkę wcześniej, my zbieramy się do drogi kilka minut po 9.
Kierunek Rycerzowa. A pogoda taka, że szkoda chować aparat. Dreptamy leniwie. Jest cudnie.
Jak już pisałem wcześniej Wielki R. będzie nas prześladował widokiem do końca wypadu. Nie inaczej jest dziś.
Po blisko 3 godzinach docieramy na Przegibek. Będąc w stałym kontakcie z Mirkiem, postanawiamy tutaj na niego poczekać. Decyzja wybitnie słuszna. Nie upływa więcej niż jedno złociste z pianką jak z lasu wyłania się on sam. Radość spotkania. Prawdę powiedziawszy myślałem, że Mirek będzie schodził z Rycerzowej tego samego dnia, jednak okazuje się, że będzie nocował z nami. Zbieramy toboły i ruszamy dalej. Rzut oka za siebie...
... i przed siebie.
Tuż przed szczytem Rycerzowej doganiamy Arka, więc szczytowanie odbędzie się w sześcioosobowym składzie. A jest co szczytować. Podejście to po prostu Golgota.
Na szczycie!!! Uff!!! Plecak robi głośne pierdut o glebę. Leżymy. Zostaje tylko do przejścia kawałek przez szczytową polanę i jak się okazuje nie ma na co czekać.
Tatry!!!
Królowa Beskidów
Czyż może być piękniej???
W Bacówce spotykamy oczywiście Piotrka i Magdę. Zajmujemy strategiczny stolik na jadalni, oby blisko bufetu.
Powoli robi się ciemno, a Wielki R. nadal nas prześladuje.
Trzeba iść spać. Dobranoc.

14 września 2011 - "Trawers by się kurwa przydał"

Wybaczcie taki tytuł tego odcinka, ale słowacka szkoła znakowania szlaków chyba nie zna pojęcia takiego jak trawers, lub choćby zakosy.

Oj ciężki ten poranek dziś na Rycerzowej. Słońce za głośno świeci, a pająki to już odpierniczają macarenę w podkutych bucikach. Na dodatek nadchodzi czas pożegnania z Michałem i Mirkiem. Schodzą do Rajczy. 

Pożegnalne foto.
My na Sedlo Prislop. Ania kryje się w drzewie.
Pogoda wyraźnie się kisi.
Ale najgorsze jeszcze nadejdzie. Na razie co niektórzy leżą w trawie.
Zaczynamy podejście na Svitkovą. Masakra, golgota, rzeź niewiniątek. Szlak poprowadzony w linii spadku wierzchołka. Tak jakby nie można zrobić zakosów. Zaczynamy dziękować Słowakom za tą zemstę za zajęcie Spisza w 1938. W słowach już nikt nie przebiera i podziękowania przybierają formę, przy której biblijny opis zagłady Sodomy i Gomory wydaje się kaszką z mleczkiem. Mięso fruwa w powietrzu we wszystkich kierunkach z prędkością przyświetlną.

Pod Oszustem Kaper dzwoni do Młodego. Ich rozmowa wygląda mniej więcej tak:
(M)łody - no i jak wam tam
(K)aper - a no jakoś leci
(M) - no u nas zaczyna lać
(K) - e to u nas się tylko chmurzy


I w tym momencie spadają na nas pierwsze krople deszczu. I zaczyna się Armagedon. Przez kilka godzin leje jak w 1997 podczas powodzi. Pierdolona szkoła znakowania szlaków słowackich zaczyna przypominać błotną ślizgawkę. W pewnym momencie Kaper stwierdza, że jeśli byłaby po drodze pionowa skała to Słowacy przejebaliby szlak środkiem. No i po chuj łańcuch!!!

Mijamy kolejne Golgoty, czyli podejścia pod Oszust i Javorinę. Jest mi zimno, jestem przemoczony do ostatniej nitki w gaciach, na dodatek zaliczam poważną glebę. Po prostu robię sobie jazdę w błocie na odcinku jakiś 2 metrów, więc dodatkowo jestem cały uwalony (telemark nie wyszedł). Gdzieś za Javoriną przestaje lać i postanawiam się przebrać. O jak miło. Ciepło, sucho...

W końcu jakimś cudem dobijamy do Glinki Ujsolskiej.
Niby stąd tylko 50 minut na Krawców. Ale znów zaczyna się Golgota. Szlak oznaczony fatalnie, kilkusetmetrowe odcinki bez jakiegokolwiek znaku na drzewie, gdyby nie słupki graniczne...

Kaprowa stwierdza:
"Chłopaki, miałam wam postawić piwo za to, że mnie ze sobą wzięliście. Ale po dzisiejszym odcinku zapomnijcie. Ni chu, chu".

W końcu dochodzimy. Na bacówce starzy znajomi, czyli Magda i Piotrek. Kąpiele, kolacje, suszenie gratów. W pokoju wali trupem jak w kostnicy, a to przez nasze stęchłe, zapocone, mokre szmaty.

Za to pogoda wynagradza tą dzisiejszą dupówę...
Wieczór to już tylko ognia czar...
W końcu idziemy spać. Dobranoc.

15 września 2011 - "Ewakuacja"

Poranek na Krawculi nie przypomina niczym wczorajszego dnia. Śniadanko, dosuszanie mokrych bambetli i powolne pakowanko.
Żegnamy, tym razem definitywnie, Magdę i Piotrka. Zaczynamy przygotowania do wyjścia. I wtedy następuje katastrofa. Jeden telefon i okazuje się, że muszę czym prędzej uciekać w doliny. Robi mi się jakoś tak smutno. Koniec??? Tak nagle??? No niestety. A Wielki R. przygląda się wszystkiemu niewzruszony.
Żegnam się z Anią i Kaperkiem i zaczynam samotny powrót do Glinki. Jeszcze rzut oka za siebie.
Góry żegnają mnie godnymi widokami, a ja walczę z myślami. A może by tak rzucić wszystko w diabły i zrobić obrót o 180 stopni??? Jeszcze ich dogonię!!! Jednak rozsądek bierze górę.
Szkoda, że widzę je z co raz niższa. Ale to nic - jeszcze tu wrócę, choć podczas tego wypadu wielokrotnie obiecywałem sobie, że zacznę chyba znaczki zbierać, albo akwarium sobie kupię.
Dziękuję wszystkim, z którymi przyszło mi spędzić te 4 dni czyli: Kaprowej, Magdzie, Kaprowi, Mirkowi, Michałowi, Piotrkowi i Arkowi. Mam nadzieję, że jeszcze niejednokrotnie spotkamy się gdzieś przy ogniu kominka.

I to by było chyba na tyle. Komplet zdjęć po kliku w obrazek:
P.S. Ania i Kaperek dokończyli planowaną wędrówkę i przez Rysiankę oraz Lipowską dotarli do celu - Węgierskiej Górki. W ten sposób "żywieckie zbójowanie" dopełniło się ;)