poniedziałek, 16 stycznia 2012

Zimowe chatkowanie

14/16 stycznia 2012 - Beskid Mały
Chatka "Pod Potrójną"

Warto było przeżyć (tak, dosłownie - przeżyć) ten weekend. Umawiałem się na niego co prawda z Gennaro i Memezio, ale tak wyszło, że w ostatniej chwili Memezio odpuścił. Za to dołączył do nas Jardo

Zaczęło się po wariacku jak zwykle. Sobota rano, kończę nocki. Wracam do Andrychowa, robię zakupy, pakuję plecak i idę kimać. Choć chwilę. Wychodzi niespełna dwie godziny. O 13 odbieram na dworcu autobusowym Jarda. Idziemy do zaprzyjaźnionej knajpy na piwo. W niespełna 30 minut pojawia się Gennaro. Pakujemy graty do jego bolidu i chwilę po tym mkniemy już na Praciaki. Sypie... 

Na parkingu pod Pracicą dzikie tłumy. Ruszamy sobie moimi ścieżkami przez Hatale. Jest w sumie ładnie przedreptane. Sypie, ciągle sypie i zaczyna wiać. Ponad ostatnimi chałupami na Hatalach decydujemy się wejść na skrót bezpośrednio na )( Zakocierską. Kurwa!!! Skąd tu tyle śniegu???!!! Zaczynamy ryć już po kolana. Robi się ciężko... Dochodzimy. Już widać chatkę, jednak Jardo rzuca temat - "Idziemy odwiedzić Pozioma???". No ba!!! Znów ucieka nam godzinka u nieznajomego (już znajomego) forumowicza i jego rodzinki ;) Piwko, kawusia... 

Przez okna jego chałupy widzimy tłumy zmierzające na chatę. No to będzie ciasno. Żegnamy miłych gospodarzy i po kilku krokach meldujemy się karnie u Olafa

Na chacie, jak to na chacie. Wino, kobiety i śpiew. No i jeszcze paprykowe przysmaki Jarda ;)  Za oknem bez zmian... sypie

Niedziela, sypie coraz bardziej, ja odchorowywuję sobotni dzionek. Chłopaki zbierają się na dół około 13. Pierniczę, zostaję do poniedziałku. I jest to wyjątkowo słuszna decyzja. Wieczorem, w absolutnie opustoszałej chacie spędzam jedne z najprzyjemniejszych chwil w moim życiu. Pod kuchnią trzaskają polana. Gadamy z Olafem. O wszystkim i o niczym. Głównie o górach. Gdzieś w tle słychać Dom O Zielonych Progach... Herbata, herbata, herbata...  Za oknem sypie, czyli constans...

Kładę się spać, jednak jakoś nie mogę zasnąć. Chyba do 1 w nocy czytam książkę, którą wypożyczył mi Olaf. Może sen przyjdzie... Przychodzi... 

Nie na długo jednak. Budzik drze się wniebogłosy. 5 rano. Budzę Olafa (aby za mną pozamykał) i śmigam na wyciąg. Bez światła, ale to była świadoma decyzja. O w mordę!!! Nie sypie!!! Widzę przedreptany szlak. Co nie zmienia faktu, że brodzę po kolana w białym puchu.  Jednak w nocy sypało!!!

Kawałek do wyciągu, który powinien mi zająć 15 góra 20 minut, rypię blisko godzinę. Na dodatek słyszę w dolinie Kocierzanki wycie wilków. Ciary przechodzą po plecach... Jak ja się ucieszyłem na widok oświetlonego stoku na Pracicy... 25 minut i jestem na dole... 

Warto było... Komplet zdjęć po kliku w obrazek...