niedziela, 21 kwietnia 2013

Za ostatni grosz

20 kwietnia 2013 - Beskid Mały
Rzyki Jagódki - Ścieżka Zielińskiego -Leskowiec - Polana Semikowa - Groń JPII - Gancarz - Przełęcz Biadasowska - Andrychów
 
Jak ostatni dziad.

W lodówce światło, w portfelu echo, a tu czytam niepokojące wieści o tym, że na Zielińskim i Semikowej się fioleci. Zerkam po raz kolejny do lodówki. Kilka jajek, masełko, parę plasterków jakiejś habaniny, i kilka kabanosków. No to coś z tego można zrobić, z głodu jakby co nie padnę. Teraz przegląd portfela. No tu jest gorzej. Jak to mówią - nie ma miedzi, doopa siedzi. Jednak gdzieś z zakamarków wylatują jakieś klepoki (dla nieobeznanych z tematem tak nazywam monety o nominałach max 5 groszy).

Pierdzielił!!! Kanapki do plecaka, termos z kawą, i sprawdzona metoda na kciuk na Jagódki. Jestem w górach.

Ruszam sobie nieśpiesznie ścieżką Zielińskiego. Początkowo trochę asfaltingu.
Ale po chwili już zaczyna mi się fiolecić.
Leżę wśród krokusów, oczu nie idzie oderwać, ale nie mogę tu zostać do wieczora. Napieram dalej. Ale jak tu napierać jak "wszystko kwitnie wkoło".
Z lekką zadyszką dochodzę do połączenia z Małym Szlakiem Beskidzkim. Teraz już tylko kilka kroków i Leskowiec.
I tu pierwszy szok. Jest sobota, pogoda w miarę, wiosna, a ja tu jestem SAM!!!. Jakoś dziwnie, ale nie narzekam.

Rest na fajka i zaczynam chaszczingować w stronę Semikowej. Niby to jakieś 20 minut przez las, ale w lesie śniegu jeszcze w trzy doopy. Robi mi się mokro. W butach oczywiście.
Dochodzę. Na Semikową. I pierwsza myśl - gdzieś Ty tu Kris75 krokusy widział??? Przeca tu śniegu po... ale nie, są!!! Polowanie czas zacząć.

Tak na marginesie. Na Semikowej spotkałem dwie sympatyczne panie, które z przerażeniem w oczach spoglądały na jakiegoś idiotę, który na kolanach pełzał po podmokłej, jakby nie było, łączce z kanapką w jednej i aparatem w drugiej ręce. Skwitowały to krótko - "Oooo chyba krokusy są, bo pan leży".

A są, oj są, i to tysiące!!!
Uciorany, umęczony, postanawiam iść do schronu. I przy onym znów jestem sam. W środku echo. Wyciągam portfel, może by się na pifffo uzbierało...

Miedź rozsypuje się szerokim łukiem po bufecie, a ja próbując to ogarnąć liczę - złotówka, dwie, cztery, pięć, pińć pińdziesiąt, .. sześć!!! Veni, vidi, vici!!!
Tak, mam świadomość tego, że do domu będę zapierniczał na własnym napędzie, ale jakoś mnie to nie wzrusza.

Kolejne blisko 4 godziny to mozolny marsz przez Gancarz,Kobylą Głowę, Panienkę i Pańską Górę do Andrychowa, ale przynajmniej wychodzi mi momentami słonko.
Podsumowując już na andrychowskim bruku - było tak jak lubię najbardziej czyli samotnie...

Komplet fotek po kliknięciu w obrazek: