wtorek, 17 grudnia 2013

Można się było golić...

14/15 grudnia 2013
Andrychów - Gancarz - Leskowiec - Łamana Skała - Potrójna - Rzyki Praciaki
Z nieukrywaną satysfakcją śledziłem od kilku dni prognozy pogody. Inwersja. Inwersja na maxa. W piątek zobaczyłem na pewnym forum zdjęcia Jeseników zrobione z Leskowca (około 170 km), a że miałem zamiar udać się na własnym napędzie nożnym celem upicia się do Chatki Na Potrójnej, wybrałem wariant Leskowcowy. Nie żebym lubił te rejony, ale dla Jeseników trzeba było zaryzykować. 

Andrychów 7 srana. -7 stopni, szaro buro i ponuro, ale w coś wierzyć trzeba. Obieram zielony szlak przez Gancarz. Mam trochę dymanka. Przez najbliższe 3 godziny błotko wesoło chlipie, mijam jakieś kałuże, straszy mnie jeleń, po rowach leżą resztki białego, a fotopstrykadełko spoczywa leniwie w plecaku. W końcu dochodzę pod słynną "końcówkę pod Gancarzem" i zaczynam żałować obranego lata temu sposobu spędzania wolnego czasu. Po piętnastym razie przestaję liczyć na tym podejściu zaliczone gleby. No lodowisko!!! 

Dzięki nie do końca innowacyjnemu pomysłowi użycia gałęzi jako poręczówek wychodzę w końcu w jednym kawałku na ten Gancarz. Z minus siedmiu zrobiło się jakieś plus cztery. A więc się nie pomyliłem. Inwersja. 

Resztką umęczonego jestestwa siadam pod krzyżem i zapoznaję się z żubrem. A pstrykadło dalej gnije nie wiem czemu w plecaku. Galopująca skleroza. No ale mam już z górki.

Powoli zaczynam myśleć i na Polanie Beskid przypominam sobie o aparacie. EC Jaworzno pod chmurami: 
Schron. Pierogi. Złociste. Lampa. Siedem kresek powyżej zera. Żyleta. 
Nie zwlekam. Szczyt. Powtarzać się nie chcę. Ale muszę. Żyleta. Jakiej tu jeszcze nigdy nie miałem.
Pod wiatą siedzi jakby znajoma morda. Tak, morda, ponieważ wpierw rozpoznaję Strzępka, a potem dopiero sprocket'a. Wybacz Kolego!!!
Komisyjnie zaglądamy na północny stok, ale Jeseników już niet. Niebawem okaże się, że spóźniłem się jakieś dwie godziny. Ale i tak jest cudnie.
Ruszam sobie nieśpiesznie w stronę Potrójnej. Jeszcze nie wiem, że będę walczył o każdy metr. Na razie sielanka, słoneczko świeci, Babia się szyderczo przygląda.
Pod Łamaną Skałą zaczyna się rzeź. Nawiane garby metrowej wysokości. Niby wszystko ładnie zmarznięte, stawiam nogę, trzyma. Ale jak przeniosę na nią cały ciężar ciała (i browca w plecaku) robi jeb i mam śniegu po kolano.
Do Chatki Studenckiej dochodzę ledwo żywy. Odbieram od Mariusza fanty pozostawione po urodzinach i dymam pod Zbójeckie Okno.
Tu zgarnia mnie Rafał, więc resztę drogi pokonuję jak na prawdziwego turystę przystało. Terenówką.

Na górnej chacie luda bez liku. Same znajome pyski, więc i wieczór przeciąga się tak do szóstej nad ranem. A że jest to nasze ostatnie górskie spotkanie na Starym Roku, nie może zabraknąć świątecznych akcentów.
I akcentów urodzinowych.
Niedzielny poranek niech pozostanie milczeniem. Dziękuję za uwagę. Dobranoc.