wtorek, 25 lutego 2014

Dotknąć śniegu...

23 lutego 2014 - Beskid Żywiecki
Złatna - Zapolanka - Redykalna - PTTK Lipowska - PTTK Rysianka - Trzy Kopce - )(Bory Orawskie - Gruba Buczyna - PTTK Krawców Wierch - Straceniec - Złatna
Wszystko zaczęło się od telefonu Krisa piątkowym przedpołudniem ("Jest plan na niedzielę"). Długo mnie nie musiał namawiać, jednak groziła mi odsiadka w kołchozie w sobotę lub niedzielę. Kołchoz wybrał sobotę, więc decyzja zapadła.

4:30 rano, niedziela. Po raz kolejny dochodzę do wniosku, że mnie jednak zdrowo pojebało. Zamiast słodko śnić o dupie Maryny zrywam się z wygodnego barłogu, aplikuję szybką kawusię, zaliczam całodobowy i kilka minut przed szóstą już gnamy wojewódzką 781 w stronę )( Kocierskiej i dalej na Żywiec i Złatną. Pogoda taka sobie. Słonecznie, lazur nieba, 25 stopni w plusie... Nie no kurwa, kogo ja chcę oszukać... Mgła, że oko wykol, woda prawie zamarza.

Jednak na miejscu w Złatnej robi się ładnie. Choć nie zmienia to faktu, że piździ okrutnie. Ruszamy. I tu zaliczam pierwsze ździwko. Myślałem, że pójdziemy jak Pan Nasz przykazał niebieskim na Lipowską. Gdzie tam... Kris wymyśla jakiś betoning rowerowym na Zapolankę. Może i nawet lepiej, bo widoki są. 
Dobijamy do żółtego z Rajczy na Lipowską i co rusz fotografujemy szadziowe cudeńka.
Redykalna, Beguńska. Uwielbiam te łąki żywieckie. Jedyne co może się z nimi równać to hale gorczańskie.
Na Bieguńskiej się komuś wyraźnie nudziło i wystrugał w śniegu kilka rzeźb tym samym prowokując mnie do uwiecznienia ten jeden jedyny raz zmotoryzowanego darkheush'a w górach.

foto by Kris.
 
Robi się upalnie. Krótki rękawek na tle śniegu wygląda przeuroczo. Lipowska. Przelatujemy koło schronu bez postoju. W końcu to tylko 10 min. od Rysianki gdzie fundujemy sobie dłuższy rest. I pierogi z mięchem. I piwo. A kto bogatemu zabroni???
W drodze na Trzy Kopce ciąg dalszy szadziowych cudeniek. 
W końcu dobijamy do granicy. Teraz tylko 180 metrów podejścia na Grubą Buczynę. Pilsko jakby miało zamiar się pokazać.
Obiadek (o ile obiadkiem można nazwać kilka kajzerek z hipermarketu z jakąś chabaniną) fundujemy sobie na Krawculi. Pod krzyżem. Bo do bacówy nie wchodzimy.
Teraz zostaje wrócić ku autku. Robi się popołudnie i zaczyna pizgać. Krótkie rękawki zostają wstydliwie zakryte polarem. W końcu to kurwa luty!!! Schodzimy doliną potoku Straceniec. Jak straceńcy. Większą część szlaku po asfalcie. Jednak w dole już widać wiosnę. Kwitną pierwsze lepiężniki nazywane przez mego znajomego "kapustą pekińską" ;)
Reszta bez historii. Auto, kilometry, dom. Jeszcze tylko w drodze powrotnej podziwiamy niesamowity, przerażający i zapierający dech w piersi widok na Mt. Grojec (8 612 m. n.p.m.).
Blisko 25 km w dupie urobione w niespełna 8 godzin. To chyba nieźle jak na pierwszy, poważny raz w tym roku...

 Pełny albumik poniżej. Enjoy ;)